Dzień dobry! Mam nadzieję, że wczorajszy dzień niezależnie od tego, czy obchodzicie Walentynki czy nie, to spędziliście w miłej atmosferze. Dzisiaj zabieram Was do gorącego i pełnego pastelowych kamienic Saint-Tropez. Miejsce to było najdalej wysuniętym punktem na mapie naszej podróży po Europie. Chyba najbardziej wyczekiwaliśmy właśnie na nie będąc we Francji. Z St. Tropez do naszego domu dzieliło nas ponad 1700 km, więc dopiero będąc tam na miejscu i spoglądając na naszą lokalizację na mapie poczuliśmy, że faktycznie jesteśmy bardzo daleko. Z jednej strony bardzo mi się tam podobało, ale były też elementy na nie. Pastelowa zabudowa z błękitnymi okiennicami to zdecydowanie mój numer jeden. Do tego wspaniała pogoda, piękna woda i dobre jedzenie. Podobało mi się również wiele prac ulicznych artystów. Przy samym porcie rozstawiają się oni tradycyjnie od wielu lat i można nabyć ciekawe i unikatowe obrazy. Niektóre oczywiście są oklepane, ale widziałam również wiele ciekawych prac. Widoczne bogactwo, najpiękniejsze jachty, najdroższe butiki i restauracje z astronomicznymi cenami. Z drugiej strony to, czego nie znoszę, gdy podróżuję - wszechobecny bazar i stosika z tandetnymi gadżetami... Właśnie w tym miejscu przeszkadzało mi to najbardziej. Być może z powodu największego kontrastu. Z jednej strony widzę drogie jachty i ludzi, którzy wychodzą z nich, aby zrobić zakupy w LV a przechodzą obok straganów z tandetą. Nie wiem, czy Wy też zwracacie na to uwagę, czy też może jest to Wam obojętne, ale ja takie miejsca handlu omijam szerokim łukiem. ;)

- 15.2.18
- 11 Comments





